Zastanawiam się czy jeszcze mogę dodać coś tak na temat opowiadania, ale poza nim. Doszłam do wniosku, że nie jest to konieczne. Miłego czytania :)
„Okaleczanie się”
ZAMYKAM OCZY. Trochę myślę, marzę, płaczę… Ciemność jest mi
tak bardzo znana i bliska, że bez problemu potrafi zabrać ze mnie całe
powietrze. Cierpię. Czyli wszystko tak samo jak zwykle. Tak monotonnie. Bo
przecież ostatnio wszystko się układało, więc czemu zawsze muszę wszystko
zniszczyć? CZEMU. Znowu czuję to poczucie winy.. że wszystko jest nie na swoim
miejscu. Na prawym nadgarstku pojawiają się pierwsze krople krwi… „Chwila bólu
w zamian za wieczny, wieczny sen”. Wszystko jest chaosem. Zastanawiam się czy
nie przerzucić się przypadkiem na coś bardziej drastycznego niż żyletki.
Dopiero w tym momencie czuję brak wystarczającej siły psychicznej. To jest hm..
Przekładanie bólu wewnętrznego na zewnętrzny. Chęć utożsamiania ich jako jedność.
Tego nie da się pogodzić! Nikt nie robi tego bez powodu. Wszelkie problemy mają
ogromny wpływ na to postępowanie. Człowiek nie radzi sobie z problemem, dusi to
w sobie, nie wytrzymuje psychicznie… i BUUM! Okalecza się. Robi to z braku
akceptacji, samotności, chęci zwrócenia na siebie uwagi. Taka osoba będzie
żałowała dopiero wtedy, gdy dojrzeje. Zacznie wstydzić się blizn, będzie starała
się je ukryć. Okaleczyła się, żeby poczuć, że żyje, a do samego bólu zdążyła
się już przyzwyczaić. Piszę o tym, żebyś zastanowił się ile razy zdarzyło ci
się kogoś odrzucić. Myślisz, że ludzie okaleczający się są psychiczni? OTWÓRZ
OCZY.




